Koty - Moja bura gromadka
skrzacik - Pią 21 Wrz, 2007 14:54 Temat postu: Moja bura gromadka Jeszcze półtora miesiąca temu było nas troje: Barnaba (7 lat), Gacek (6 lat) i ja (milczenie jest złotem). A oto jak się stado powiększyło:
Od kilku tygodni dokaramiałyśmy z siostrą kotkę z czwórką kociaków. Kocia mama szybciutko dostała imię Pusia, choć raczej przypominała drapak obciągnięty skórą. Maluchy rosły zdrowo i coraz częściej zastanawiałyśmy sią co będzie dalej.
U siostry panowala zmora: koci katar (stąd to czekanie), które zostało przywleczone wraz z Nuką dwa miesiące wcześniej. Najważniejsze, że leczenie przyniosło porządany efekt ale maluchów nie moża było zaprosić do tego domu. Mnie praktycznie w domu nie ma bo praca i dojazdy, do tego jeden pokój, kuchnia wielkosci znaczka pocztowego i tej samej wielkości łazienka. Ale co było robić?
W dniu, w którym usłyszałyśmy, o nadchodzących chłodach, deszczach decyzja zapadła: zgarniamy rodzine z ulicy. Przygotowania zostały poczynione, koszyki stały gotowe a marchewkią była słodka śmietanka 30%. Dwa pierwsze kociaki: szary Hien i czarny Igor sami wleźli do koszyka gnani ciekawościa. Bury Filip i Duszek ani myśleli dać się złapać w pułapkę. Po kilkunastu podchodach i złapaniu Filipa na drzewie został nam tylko Duszek. Pusia już była mocno zaniepokojona naszymi poczynaniami. Duszek wlazl w krzaki i udawał, że go wcale nie ma. Siostra głaskała Pusie jedna ręką, kucnęła przy krzakach i cały czas gadała do Duszka. Powoli klęknęła i z nienacka cap Duszka w tych krzakach. W tym momencie w cichy wieczór rozległ się straszliwy wrzask kota i niewybredne obelgi mojej Siostry. Złapała Duszka, który ja użarł i podrapał. Podskoczyłam i przejęłam drapichrusta, który dalej darł się nieprzytomnie a w przerwie użarł mnie. Udało się go wcisnąć do koszyka. W oknach okolicznych domów oraz na kilku balkonach pokazali się ludzie zwabieni tym straszliwym kocim protestem. Obie zakrwawione, zdenerwowane ale szczęśliwe z zapakowania miauleństw padłyśmy na schodach przed domem i zbierałyśmy siły do złapania Pusi. Ale ona mądra jest i sama do nas przyszła i pojechaliśmy do mojego mini mieszkania. Kocia rodzina została umieszczona w łazieńce.
Przy okazji wyjmowania z koszyków każdy kot dostał lek na odrobaczywienie, został opsikany odpchlaczem oraz przeglądnięty pod kątem świerzba w uszach, którego na szczęście nie było.
Przez jeden dzień koty były dla mnie znikającymi punktami. Jedynie Pusia wychodziła spod wanny do mnie na pieszczotki. Bobek z Gackiem fuczeli i warczeli przez drzwi niczym dwa demony. Pusia nic sobie z tego nie robiła. Pierwsze kontrolowane wypuszczenie rozstrzygnęło o wszystkim. Pusia przeszła obok tych potworów z ogonem uniesionym wysoko do góry i dostojnym krokiem udała się do kuchni na przegląd misek i kuwety po czym usiadła w oknie i oddała się kontemplacji otoczenia. Bobek z Gackiem zgłupieli na widok takiego zlekceważenia ich praw starych mieszkańców ich domu i zaprzestali wokalnych popisów.
Więc wieczorem wypuściłam kociaki, które śmigneły i znikły za pralka.
Od tego momentu zaczęły się dla mnie rozrywkowe noce i wieczory. Kwiatki nauczyły się fruwać (2 wylądowaly wreszcie w śmieciach). Cukierniczka rozsiała cukier po całym dywanie i została schowana. Teraz goście muszą się prosić o cukier (całkiem jak w kartkowych czasach). Po podłodze wala się mnóstwo niezbędnych zabawek: korek od szampana, korek od piwa, kilka kulek z foli do pieczenia, dwie zakretki od butelek z wody mineralnej, stado grzechoczacych myszek, kilka piłeczek jeżyków, jedna piłęczka z dwonkiem w srodku i można się na tym wszystkim niezle przejechać.
Za to wszystkie kordonki, muliny i włóczki są starannie chowane przed rozbrykanymi lapkami po tym jak trzeba było uwolni c mieszkanie od pajęczej sieci rozwleczonego kordonka marki Kaja.
Wieczorami maluchy wyłaziły z różnych kątów mieszkania i rozpoczynały zapasy a Bobek, Gacek i Pusia siedzieli (każde w innym punkcie pokoju) i obserwowali te zmagania. A gdy Bobek z Gackiem wyrazili chęć dołączenia to biegnące dwa 6 kilowe kocury wprawiały maluchy w osłupienie, gdy usiłowali galopem przeleciec wzdłuż mieszkania waląc łapami w podłogę jak tabun koni.
Po trzech tygodniach Hien i Igor poszli do mojej siostry po tym jak wet wydał orzeczenie, że koci katar została całkowicie wyleczony. Siostra odkaziła całą chałupę piorąc kocie leżonka (miała ich już 12 + 1 na przechowaniu przez wakacje), myjąc koszyki, podłogi, parapety i meble specjalnym środkiem używanym przez wetów.
I tak zostaliśmy w domu w pięcioro. Filip i Duszek co wieczór uprawiaja sporty: gonić brata, gonić Bobka (Gacek odmawia współpracy w tym zakresie), powalić brata na łopatki, powalić Bobka (hehehehe), powalić Mamusie. Z nienacka capnąć rękę Pani upazurzoną łapą wtedy Pani wyciaga tajemniczy sprzet z ukrycia i piec kotow lata za laserkiem tupiac niemożebnie.
Czy zauwazyliscie, ze koty tupia kiedy chca? I to jak!
Potem wszyscy padaja do spania i w okolicach 3 i 4 nad ranem następuje powtórka z wyjątkiem laserka bo Pani śpi i nawet skakanie po niej nie odnosi pożądanego efektu.
Za to jak rano wstanie to w tajemniczy sposób napełniają się miski a kuweta wręcz odwrotnie, opróżnia sie i natychmiast należy to wykorzystać!
I tak sobie radośnie żyjemy, pięć burych kotów i ja, ich sługa i podnóżek.
skrzacik
PS. Gacek umie otwierać lodówkę. Ciekawe kiedy nauczy sie otwierać puszki?
Zosia32 - Pią 21 Wrz, 2007 20:35
skrzacik, z wielką przyjemnością przeczytałam Twoje opowiadanie o burym
towarzystwie , żeby zawsze tak kończyły się kocie przygody i było więcej tak dobrych ludzi Jak Ty i twoja siostra
Pozdrowienia
skrzacik - Śro 26 Wrz, 2007 12:48
dziekuje Zosiu za cieple slowa. mimo smutnych doswiadczen wciaz mam nadzieje, ze ludzi, ktorzy chca, wiedza jak i moga ratowac kocie, psie czy jakiekolwiek inne zwierzaczkowe zycia jest wiele ale milcza bo to tak oczywiste, ze nie ma o czym mowic.
pokochalam te moje 'nowe' koty i jak hien z igorem szli do domu mojej siostry poryczalam sie jak dziecko. burasy sa moja radoscia i to nia wlasnie chcialam sie podzielic. z drzeniem serca czekam na wizyte tesciow, ktorzy uwazali, ze dwa koty w mieszkaniu to juz przesada, a co bedzie jak zobacza piec? a przyjada na 1 listopada abysmy razem poszli na grob mojego meza a ich syna. no nic jakos te dezaprobate przetrwamy.
jak beda jakies nowe, smieszne wydarzenia nie omieszkam sie nimi podzielic, a wkrotce bede miec zdjecia wszystkich kotow
skrzacik
Zygfryd Smarzyk - Śro 26 Wrz, 2007 23:09
Dziękuję za tak wiele słów o kotach. Wielkie to bogactwo taką gromadę w domu posiadać. U mnie tylko jeden kocur - Zbój. Imię, zgodne z charakterem, otrzymał w gazetowym konkursie - wtedy jeszcze wydawaliśmy nasze własne domowe czasopismo pt. "Ilustrowany Kurierek Rodzinny". Zbój to dzisiaj już nie rozbrykany kociak, tylko stateczny jegomość: i wiekiem - lat dwanaście z hakiem, i posturą - kilogramów niewiele mniej niż lat. Właściwie - jak stwierdził weterynarz - Zbój jest kotożbikiem. Przywędrował do mnie jako prezent po wakacyjnej wędrówce po mazurskich lasach. Pierwszą cechą jaką objawił była agresja. Zdawało się, że ma osiem łap i dwa garnitury zębów. Goście przez rozpoczęciem wizyty prosili: - Ale kota to zamknij w drugim pokoju. Obłaskawianie trwało długo, ale (prawie) się udało.
Dziś Zbój jest wspaniałym przyjacielem. Długo by pisać o tym jak się zachowuje, czego się nauczył i czego nauczył mnie.
Co robi teraz? Przed chwilą zjadł porcję wołowiny (znacie to z pewnością: - Poproszę piętnaście deko wołowiny dla kota i piętnaście deko wątroby dla mnie). Teraz skończył wieczorne mycie i zasnął na swoim fotelu. Swoim dosłownie - otrzymał go od mej znajomej, by mógł drapać i niszczyć do woli. Za jakiś czas i ja się położę. A z chwilą gdy tylko zgaśnie światło, nagle coś niezwykle ciężkiego wtłoczy moje nogi w wersalkę...
Dobranoc.
Zdjęcie Zbója w następnym poście - fajnie to zabrzmiało: Zbój i post!
Z tysiącem serdeczności
|
|
|