To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
RękoDzielni - Forum u Maranty

miejsce spotkań miłośników robótek ręcznych wszelkich
i nie tylko...

Literatura - Bumerang

malenkarozyczka - Wto 21 Cze, 2005 15:13
Temat postu: Bumerang
Bumerang

Władysław Umiński
Bumerang
opowiadanie z życia australijskiego
1925 r.




Rozdział I.
Trzej Polacy

Cała ta dziwna przyroda australijska, do której nie zdążyliśmy jeszcze nawyknąć na naszej kolonii, po krótkiej dżdżystej porze, budziła się na nowo. Mnie i mojemu bratu Józefowi nie mogło się dotąd w głowach pomieścić, jakim sposobem grudzień i styczeń w Australii i na całej południowej półkuli są najgorętszymi miesiącami w roku. Brak zimy, Boże Narodzenie bez śniegu i bez choinki, do której tęskniliśmy już od dwóch lat, zupełnie odmienne zwierzęta i rośliny, wszystko to stanowiło dla nas ciekawą, lecz niesympatyczną nowość.
Ojciec nasz, porzuciwszy kraj rodzinny, osiadł po kilkunastomiesięcznej włóczędze na północ od stolicy południowej Australii, Adelaidy, w prawdziwej pustyni, i tutaj twardą pracą dobijać się począł utrzymania dla siebie i dla trzech swoich wisusów którzy, prawdę mówiąc, więcej sprawiali mu kłopotów, aniżeli przynosili pożytku.
Pierwsze kroki były niezmiernie trudne. Zajęliśmy bowiem kawał żyznej, lecz porosłej gęstymi krzakami równiny, graniczącej z obszernymi łąkami, na których ojciec chciał, za przykładem innych osadników, hodować owce i konie, gdyż tą drogą najprędzej można dojść w Australii do majątku.(...)
Zwaliwszy z bark najcięższą robotę, mogliśmy odpocząć nieco po kilkumiesięcznych trudach. Do żniw, które w krainie kangurów przypadają około Bożego Narodzenia, był jeszcze kawał czasu. Ojciec nasz pozwolił nam tedy wziąć się do biblioteki. Będąc sam wykształconym, dbał o nasze umysły równie jak i o ciało; nie żałował swych krótkich wolnych chwil na udzielenie nam części swej wiedzy.
Trzem takim, jak my, osłom, którzy na książkę patrzyli, jak na rozrywkę, wpakować do głowy najpotrzebniejsze wiadomości, była to praca nie lada!
Nareszcie przypadek zesłał naszemu kochanemu ojcu wyręczyciela. Pewnego wieczoru do naszej kolonii zajrzał Felix1, poczciwy, pięćdziesięcioletni Anglik, który, sterawszy zdrowie w kopalniach złota i nie dorobiwszy się niczego, przedzierzgnął się na starość w nauczyciela wędrownego.(...)
Ojciec z wielką radością przyjął pana2 Felixa. Umowa stanęła od razu: stary górnik za skromną opłatą zobowiązał się nauczyć nas do żniw rachunków, geografii, gramatyki, czyli tego wszystkiego, bez czego żaden ucywilizowany człowiek obejść się nie może.
Wiadomości te miały nam zastąpić szkołę, której, na nieszczęście, daremnie byłoby szukać w promieniu choćby stu kilometrów od naszej kolonii.
Zaczęła się tedy nauka.
Ja w książce widziałem tylko przyjemność; toteż praca pana Felixa, co do mnie, nie trafiła na grunt jałowy. Michał przykładał się także nieźle; jeden tylko Józef stanowczo boczył się na starego nauczyciela i przekładał konia lub strzelbę nad jego wykłady.

Pamiętam, zawsze mieliśmy go szukać do lekcji. Ja wybiegałem na pole, Michał krzyczał po lasku, a często nadaremnie. Braciszek wracał z wycieczki dopiero po południu i jakąś marną niby to nowiną starał się okupić przed ojcem swój błąd.
- Widziałem kangury w zbożu, proszę ojca – mówił, stawiając w koncie strzelbę; albo: płot druciany nad rzeką był przewrócony, musiałem go więc naprawić itp.
Z początku wybiegi takie udawały mu się; na koniec jednak ojciec poznał się na nich i przestał wierzyć.
-Nie chcę na teraz twojej opieki – rzekł pewnego razu stanowczo – nie opuszczaj lekcji, bo potem nie zdążysz już powetować straconego czasu; pamiętaj, że pan Felix do żniw tylko bawi u nas. Gdybyś nie zrobił zadawalających postępów, nie będziesz mógł wziąć udziału w wycieczce do stryja.(...)
Sierpień, wrzesień i październik minęły szybko. Mister Felix doskonale wykładał. Zgodziliśmy się na to z wyjątkiem Józefa, który ciągle powtarzał, iż nic nie może zrozumieć.
Co prawda, wykręcał się od lekcji po dawnemu a na nasze przestrogi odpowiadał zwykle:
- Po co mam się śpieszyć! Trzeci egzamin dopiero w listopadzie.
Czuliśmy, iż skończy się to źle, lecz nie mogliśmy wpłynąc na naszego braciszka, żeby zmienił postępowanie.
Tymczasem oznaczony dzień zbliżał się.
Ojciec zapowiedział, że 1-go listopada odbędzie się w jego obecności egzamin z dokonanych przez nas postępów, poczym niezwłocznie mieliśmy wyruszyć w drogę.(...)
Wszystko odbywało się nadzwyczaj uroczyście. Ja i Michał wywiązaliśmy się wcale nieźle. Ojciec pochwalił nas nawet. Józef za to, tak jak spodziewaliśmy się, odpowiadał najgorzej.
Paryż np. umieścił w Melbournie; o Missisipi powiedział, że leży nad jeziorem Michigan. Kiedy ojciec spojrzał na jego ćwiczenie, podniósł brwi tak wysoko, że obaj z Michałem o mało nie wybuchneliśmy śmiechem. Jedyne tylko rachunki umiał lepiej od nas, choć prawie wcale się nimi nie zajmował.(...)
- Jedziemy pojutrze, chłopaki – rzekł ojciec – musicie gotować się do drogi.
- Hurra! Niech żyje podróż! – huknął na cały głos Józio.
- Niepotrzebnie krzyczysz – przerwał mu ojciec – zdaje mi się, że nie pojedziesz z nami; sam chyba rozumiesz, iż pozostały czas trzeba obrócić na powetowanie straconych dni. Musisz po naszym powrocie dowieść, iż lepiej znasz gramatykę, niż teraz. Pan Felix oddali się jutro, ale jego pomoc nie jest ci niezbędna. Do żniw brak jeszcze trzech tygodni; termin to zupełnie ostateczny.
Wysłuchawszy tych słów, Józio zbladł. Zapomniał bowiem o przestrodze ojca i nie brał jej przy tym na serio.
- Ojczulku najukochańszy – wybuchnął płaczem, rzucając mu się do rąk – weź mnie, przyrzekam ci, iż nauczę się doskonale na przyszły rok, czego tylko zechcesz.
Ojciec potrząsnął głową.
- Wybacz, ale wątpię o tym; wszak sam nie pozwoliłeś mi wierzyć tym przyrzeczeniom; przypomnij sobie, ile to razy obiecywałeś, że weźmiesz się do nauki i powetujesz straty.(...)
Na to nie było odpowiedzi; Józio też zamilkł i, stanąwszy w kąciku izby, począł szlochać rozpaczliwie, aż się nam obu serce krajało.(...)



Rozdział II.
W pustyniach Australii

Dnia 3-go listopada, równo ze świtem, siedliśmy na nasze wierzchowce. Odjazd jednak nie był tak wesoły, jak spodziewaliśmy się, marząc niedawno o nim. Zapłakany Józio, stojący w oknie, zepsuł nam do reszty humor.(...)
Wkrótce przekroczyliśmy granice kolonii i znaleźliśmy się pośród gęstego lasu eukaliptusów, ciągnących się, jak mówił ojciec, o trzydzieści mil na wschód.. Stryj nasz mieszkał na skraju tej puszczy australijskiej; musieliśmy więc trzymać się tej drogi. Na zachód rozpościerały się niezmierzone łąki, zarosłe wysoką, twardą i ostrą trawą, w której, jak nam było wiadomo z doświadczenia, chętnie chowały się kangury, największa zwierzyna Australii.
Urządzaliśmy na nie często polowania, głownie dla skór i przyjemności, gdyż mięso tych zwierząt ma smak, do którego trudno się przyzwyczajać.
Bawiło nas niezmiernie, gdy stado kangurów, spłoszone z żeru, uciekało olbrzymimi susami; zwierzęta, wspierając się na grubych ogonach i odpychając tylnymi nogami, posuwały się na przód tak szybko, że daremnie byłoby ścigać uje konno.(...)

Nasze koniki szły raźno, skubiąc od czasu do czasu listki z sąsiednich krzaków, w czym nie stawialiśmy im przeszkód.
Okolica nabierała coraz oryginalniejszego charakteru; o dziesięć mil angielskich od naszej kolonii równina zmieniła się niedostrzegalnie w długie pasma falistych, łagodnie wznoszących się pagórków, z których wierzchołków roztaczał się rozległy widok.
W Australii podróżuje się tak samo bezpiecznie, jak i w Europie; niema tu wcale drapieżnych zwierząt, tak jak w innych częściach świata [australijskiego globu]. Ojciec opowiadał, iż jedyny szkodnik, zebra opossum, gatunek wilka workowatego, zamieszkującego te strony, został już całkiem wytępiony, a i on zresztą nigdy nie napadał na ludzi. Baliśmy się tylko czarnego węża, bardzo jadowitego, który jednak, na szczęście, dość się rzadko napotyka.
Jechaliśmy więc zupełnie swobodnie zaglądając po drodze do każdej szczeliny pomiędzy wystającymi gdzieniegdzie skałami wapiennymi i zatrzymując się, gdziekolwiek było co ciekawego do obejrzenia.
O drugiej po południu, ze szczytu wysokiego pagórka, na który z trudnością wdarły się nasze koniki, ujrzeliśmy wielką płachtę wody, zamkniętą dokoła w ramie zielonych lasów. Było to jezioro, którego brzegami musieliśmy jechać.
- Proszę ojca – rzekł Michałek, wspinając się na siodle – ja widzę tam nad wodą dym; pewno jacy podróżni gotują sobie objad. Czy ich odwiedzimy?(...)
Ojciec zbadał poważnie wskazane kiejsce i potrząsnął głową.
- Może to i ludzie, najprawdopodobniej jacyś nowi koloniści, lub może kopacze złota. Możemy pojechać cokolwiek, choć niezbyt blisko; niewiadomo bowiem, z kim będziemy mieli do czynienia.(...)



Rozdział III.
Tubylcy z Buszu

Przypuszczenie nasze sprawdziło się: nie ubiegliśmy bowiem jednego kilometra, gdy nad brzegiem jeziora ukazała się naszym oczom gromadka czarnych.(...)
Biedacy, dostrzegłszy nas, rozsypali się w mgnieniu oka po sąsiednich krzakach; butelka z wódką, którą mój ojciec podniósł w górę, wywołała ich wszakże z ukrycia.
Najpierw zjawił się przywódca gromadki, któremu przyjrzałem się z ciekawością; po raz pierwszy bowiem od czasu przybycia mego do Australii wydarzyła mi się sposobność oglądania prawdziwego dzikiego z bronią.

Spotykaliśmy ich już w Adelaidzie i innych miastach podczas podróży na kolonię; ale byli to starcy, trudniący się handlem skór, albo młodzi chłopcy, których wzięto do posług domowych.(...)
Nie wyglądali oni wcale zajmująco: brudni, chudzi, z ogromnymi, poplątanymi, kędzierzawymi czuprynami, z tatuowanymi twarzami, pijani, budzili we mnie wstręt. Chłopcy czynili wrażenie dużych małp, które oglądaliśmy z ojcem w ogrodzie zoologicznym w Sydney.
Wysunąwszy głowę [wódz] z poza dużej tarczy skórzanej, mierzył nas nieufnie czarnymi, świecącymi oczami; zauważyłem natychmiast jego BUMERANG, wiszący na rzemyku u pasa.(...)
Ojciec wyraził mu swe życzenie zobaczenia rzutu bumeranga.
Zamiast odpowiedzi, dziki pochwycił swą broń i, świsnąwszy przeraźliwie, wyrzucił ją w powietrze.
Śledziliśmy ciekawie ruch drewna; z początku leciało ono tuż ponad ziemią, kręcąc się szybko; poczym, przebiegłszy jakie 80 kroków, powoli jęło się wznosić, wracać, aż wreszcie, po upływie kilkunastu sekund, upadło tuż u nóg dzikiego.
- Brawo! – zawołał ojciec.(...)
Pomimo kilkakrotnych wysiłków [Michała] nie udało mu się jednak wypuścić jak należy bumeranga; broń przebiegła, co prawda, sporą przestrzeń, ale nie wracała wcale.(...)
Na skinienie naszego czarnego mistrza młody Australijczyk podskoczył, ajk sprężyna i, wyszczerzywszy białe zęby z zadowolenia, wziął do ręki bumerang.
Właśnie miał go wyrzucić, gdy nagle z zarośli wypadł dziki, któregośmy dotąd nie spostrzegli i z żywymi gestami zbliżył się do towarzyszów.(...)
Odpowiedź sama się nastręczyła. Dzicy [wdrapawszy się i] siedząc na najwyższych gałęziach, wpatrywali się z natężoną uwagą w grupę niedaleko rosnących krzewów, które wyraźnie się poruszały. Po chwili z zarośli wynurzyły się trzy długie, czerniawe szyje zupełnie podobne do wężowych.(...)
- Kazuary – wtrącił Michał cichutko.(...)
Przygotowania do polowania były niezwykłe; z dźwiganych przez kobiety tobołków obaj dzicy wyciągnęli skóry, zdjęte z dawniej zabitych kazuarów i szybko narzucili je sobie na plecy; lewą rękę każdy z nich umieścił na szyi, w prawą zaś wziął bumerang.(...)
Tak przebrani, czarni wyszli z ukrywających nas zarośli i powoli poczęli się zbliżać do dwóch potworów, nie przeczuwających podejścia.(...)
Młody krajowiec, zrzuciwszy z siebie nagle przebranie, wyprostował się i z zamachem wypuścił broń do najbliższego ptaka.
Przekonaliśmy się jednak, że cios był źle obliczony; bumerang bowiem, zamiast uderzyć w cel, począł się wznosić i, nie dosięgnąwszy go, upadł o kilkanaście krków od niezręcznego myśliwca.
Drugi dziki wyrzucił także swoją broń, lecz spłoszone ptaki zdołały jej uniknąć i po chwili znikły w krzakach. Spojrzeliśmy na stojącego obok nas dzikiego. Był on jakby zawstydzony; wybełkotał parę niezrozumiałych słów, poczym, porwawszy swą lancę, rzucił się jak tygrys na przód, kilkunastoma olbrzymimi krokami dopadł schylającego się po bumerang chłopaka i, zanim zdołaliśmy krzyknąć, wymierzył mu straszliwy cios w plecy.
- Mój Boże, on go zabije! – krzyknął z płaczem Michał, biegnąc na przód – ojcze, nie pozwól na to!
Podskoczyliśmy obaj na ratunek małego Australijczyka; ojciec wziąwszy strzelbę za koniec lufy, uderzył kolbą w plecy starego murzyna i potężnym uderzeniem pięści odepchnął go na bok.(...)
Chciał on pochwycić okrutnego krajowca, lecz daremnie; cała gromadka uszła, zabierając z sobą wódkę i tytoń, przeznaczone na nagrodę dla biednego chłopca.
Zbytecznym byłoby dodawać, że zabraliśmy z sobą rannego i pielęgnowaliśmy go ‘na wyścigi’3, póki nie przyszedł do zdrowia. Dziś gdy to piszę, jest on naszym kolegą, uczy się wraz z nami w gimnazjum w Adelaidzie i zdaje zawsze egzaminy celująco. Opowiada on wesoło o swym pierwszym egzaminie z władania bumerangiem, który składał przed swym okrutnym ojcem.
Co do Józia, ten, dowiedziawszy się o sposobie wykładów i wymierzania kar u dzikich, czyni należyte postępy w naukach i przy każdej sposobności wyraża zadowolenie, że urodził się dzieckiem Europejczyka, nie zaś czarnego Australijczyka; przyznaje przy tym otwarcie, że kara, na jaką zasłużył za nie złożenie pierwszego egzaminu, była żartem w porównaniu z tą, jaką musiał wycierpieć jego czarny kolega...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group